19. Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia

No pasarán.

Jedno z tych zdań, które historia zamieniła w symbol. Krótkie, bezwarunkowe, niepozostawiające miejsca na negocjacje. „Nie przejdą”. Zawołanie obrońców Republiki Hiszpańskiej, związane zawsze z głosem Dolores Ibarruri i obroną Madrytu przed siłami Franco.

Dzisiaj znowu brzmi niepokojąco i aktualnie. Słyszymy je wobec wykluczenia i pogardy. Wobec populizmu, który traci wstyd i coraz chętniej posługuje się przemocą. Wobec wskazywania obcych, budowania murów, instrumentalizacji podstawowych praw, oswajania nas z cierpieniem innych. Wobec świata, w którym to, co jeszcze niedawno wydawało się niewypowiadalne, wypowiadane jest głośno, bez skrępowania, często przy aplauzie.

Tutaj odpowiedź wydaje się prosta: No pasarán.

Ale prostota tego gestu trochę mnie niepokoi. Tak łatwo zadomowić się w sprzeciwie, tak miło należeć do rodziny wspólnych wartości.

Łatwo nam wskazywać potwora stojącego po drugiej stronie mostu. Znacznie trudniej zapytać, dlaczego w ogóle do tego mostu dotarł.

Czy wszystko, przeciw czemu dzisiaj protestujemy, naprawdę przyszło z zewnątrz? Czy gniew, radykalizacja, nieufność wobec demokracji, odrzucenie liberalnego języka, pojawiły się nagle, niczym historyczny deus ex machina? Czy może także my – artyści, inteligencja, liberalne i progresywne elity – powinniśmy zapytać o własne zaniedbania? O samozadowolenie. O język, którym przestaliśmy umieć rozmawiać z częścią społeczeństwa. O progresywizm, który czasem bardziej zainteresowany był własną racją niż rzeczywistością. O tych, których doświadczenia nie zmieściły się w naszej opowieści.

Nie chodzi o symetrię win. Pogarda nie staje się mniej groźna dlatego, że potrafimy opisać jej źródła. Przemoc nie uzyskuje usprawiedliwienia, ponieważ ktoś wcześniej poczuł się niewysłuchany. Ale jeśli kultura ma być przestrzenią wolności, musi mieć odwagę skierować reflektor także na siebie.

Zwłaszcza, że sami doświadczamy dzisiaj kryzysu. Kultura pozostaje na marginesie politycznej wyobraźni. Wciąż traktowana jest jak dekoracja demokracji, a nie jedno z miejsc, w których demokracja uczy się mówić, spierać, rozpoznawać drugiego człowieka. Jakbyśmy zapomnieli, że polityka toczy się nie tylko o ustawy, instytucje i pieniądze. Toczy się również o wyobraźnię. O język. O to, kto i w jaki sposób opowie nam świat.

I dlatego wraca do mnie scena z „Władcy Pierścieni”. Gandalf stoi na moście naprzeciw Balroga i mówi: You shall not pass. Nie przejdziesz. Zatrzymuje potwora, ale sam spada razem z nim w otchłań. Zwycięstwo nie polega więc na tym, że pozostaje nietknięty. Musi przejść przez ciemność. Dopiero potem powraca jako Gandalf Biały.

Może dzisiaj interesuje mnie właśnie ta druga część tej historii.

Nie tylko jak zatrzymać potwora. Ale kim sami wyjdziemy z tej walki.

Teatr buduje światy, które z definicji są nieprawdziwe. Symulacje. Ciała udające inne ciała, śmierci, po których aktorzy wstają, historie istniejące przez kilka godzin. A jednak coraz częściej mam wrażenie, że właśnie w tej umownej rzeczywistości przechowujemy coś bardziej realnego i istotnego niż w świecie poza teatrem.

Empatię. Wątpliwość. Niezgodę. Prawo do słabości. Zdolność zobaczenia świata oczami drugiego człowieka. Odwagę w miejsce chamstwa i tupetu.

Być może więc No pasarán nie oznacza tylko: nie pozwolimy wam przejść. Nie jest tylko wezwaniem do walki, ale długofalowym zobowiązaniem, że nawet jak przejdziecie, nie pozwolimy, żebyście zabrali nam to, kim chcemy być.

Bartosz Szydłowski
Dyrektor Artystyczny Festiwalu Boska Komedia